W piątek, 28 maja z warszawskiego Bemowa wyruszył transport z pomocą dla powodzian z Lubelszczyzny.
-Przywieźliście bardzo dobre rzeczy – powiedział wczoraj w rozmowie telefonicznej ks. Mieczysław Puzewicz, który w dużej mierze organizuje pomoc dla powodzian na Lubelszczyźnie. Przez cały tydzień parafianie z warszawskiego Bemowa przynosili dary dla poszkodowanych przez powódź. Każdego wieczoru młodzi ludzie z Oazy, ministranci, członkowie wspólnoty akademickiej znosili ofiarowane rzeczy i składali w przygotowanym miejscu. Każdego dnia mieli co znosić.
Mieliśmy też pewne środki finansowe. Szybki kontakt z centrum kryzysowym i decyzja – jedziemy kupić to co w tej chwili najbardziej potrzebne – rękawice i ubrania robocze. Okazało się, że nie możemy kupić całych kartonów, jedynie to, co na półkach.
- Ile potrzebujecie? – zapytał pracownik sklepu widząc, że wybieramy rękawice.
- Wszystko. – padła szybka odpowiedź.
Wkrótce nasze wózki zapełniły się drelichowymi spodniami na szelkach i bluzami. Do tego upchaliśmy ok. 200 par rękawic. Inaczej mówiąc – wzięliśmy wszystko co było na półkach. Kiedy podjechaliśmy wózkiem do kasy kasjerka miała nieco zdziwioną minę. Dziarsko zaczęła liczyć każdą parę rękawic, spodni i bluz. Kiedy powiedzieliśmy, że płacimy bilonem uśmiechnęła się na dobry żart. Kiedy wyciągnęliśmy z plecaka worki z dwuzłotówkami przestała się w ogóle uśmiechać.
Kiedy my robiliśmy zakupy połączone siły oazowiczów i członków duszpasterstwa akademickiego sortowały dary umieszczając je w dużych workach i pudłach. Osobno skarpetki (dwa olbrzymie wory), osobno słodycze (kilkadziesiąt kilogramów), osobno chemia i ubrania. Wszystko dokładnie opisane. Około 21 samochód był zapchany maksymalnie. Niektórzy księżą widząc ilość rzeczy i wielkość samochodu (siedmiometrowe Iveco) mówili:
- Nie zmieści się.
Młodzież pewna siebie twierdziła z wiarą, ze nie może się nie zmieścić. I mieli rację. Trudno było oszacować ilość darów. Konrad Zaręba, który wypożyczył z firmy w której pracuje dostawczy samochód, spojrzał na mocno osiadłe resory.
- Ze dwie tony może nawet – zawyrokował.
Piątek 21.30. Samochód ruszył bardzo ciężko. Kierowca powiedział, że nigdy nie jechał tak obciążonym samochodem. W czasie podróży co jakiś czas dzwoniliśmy do ks. Puzewicza pytając o kierunek. Za Opolem Lubelskim zobaczyliśmy czekającą Hondę, która nas pilotowała do Józefowa nad Wisłą. Tam zostawiliśmy nasz ładunek. Ciekawie pytaliśmy o sytuację. Woda nieco opadła, ale w wielu miejscach sięga nawet 3 metrów. Niektórzy wracają do swoich domów. Od poniedziałku ruszają zastępy wolontariuszy, którzy będą im pomagać czyścić domy, stodoły, zabudowania gospodarskie. Oni zajmują się też rozdzieleniem tego co przywieźliśmy potrzebującym.
Ks. Mieczysław Puzewicz tak pisze na swojej stronie internetowej o sytuacji na Lubelszczyźnie: „Powódź w mediach już wysycha. Czytam i słucham, że sytuacja stabilizuje się, że wody w rzekach nie przekraczają znacząco stanu alarmowego. Więc, jak ktoś wierzy mediom, jest po problemie.
Powódź schodzi z mediów, a powodzianie wchodzą do swoich zatęchłych wilgocią domów, w oparach smrodu, niebywałego zaduchu, pośród utopionych zwierząt. Docierają do miejsc, gdzie jeszcze tydzień temu stał ich dom albo garaż. W najlepszych przypadkach stoi nadal, choć 3-4 metrowa woda zrujnowała wiele. Najgorsze właśnie się zaczyna. Cały czas piszę o mieszkańcach gminy Wilków, blisko 4 tysiące ludzi.”
W przyszłym tygodniu wieziemy kolejny transport darów z Bemowa.
.2010-05-30 16:33:06.Wszystkie newsy >>
|