Jak graliśmy w życie przed koronawirusem

Start / Aktualności / Jak graliśmy w życie przed koronawirusem
Jak graliśmy w życie przed koronawirusem

Gdyby ktoś zapytał mnie dzisiaj o to, jak zmieni się świat po pandemii koronawirusa odpowiedziałbym, że sam świat się nie zmieni, bo ludzie zawsze będą stali przed wyborem między dobrem i złem. Nie ma się zatem co łudzić, że nagle wszyscy opowiedzą się po stronie dobra i porzucą zło. Już dzisiaj niektórzy na pandemii kręcą niezły biznes. Mam jednak wrażenie, że wreszcie dotrze do nas prawda o tym, że świat w którym żyjemy to nie jest teatr, a nasze istnienie jest w gruncie rzeczy bardzo kruche.

Do tej pory nasze wysiłki, prace, czas i talenty poświęcaliśmy pewnej grze, która toczyła się wokół nas. Byliśmy twórcami, bohaterami, reżyserami, scenarzystami i widzami wydarzeń, które wydawały nam się realne i ważne. Grą była polityka, kariera, rodzina, praca, a nawet nasza wolność. Gra ta sprowadzała się do celowego tworzenia problemów, które nie wymagały rozwiązania, a które miały nas bawić, wyzwalać i cywilizować. Na poważnie dyskutowano, czy iphone jest lepszy od samsunga, czy ogórek to owoc, czy zmiana czasu na letni jest lepsza od tej na czas zimowy. Zamknięci we własnej sztuce poddawaliśmy się regułom, które sami sobie wymyślaliśmy. Staliśmy się aktorami, którzy uwierzyli, że sztuka w której grają dzieje się naprawdę. Wydawało się, że człowiek przez wieki zmądrzał, nauczył się czegoś, oprzytomniał i zapamiętał, że prawdziwe życie jest proste i kruche jednocześnie. Przecież nikt nawet w starożytnej Grecji nie odważył się nazwać prawdziwym życiem tego, co rozgrywało się przed widownią zgromadzoną w amfiteatrze. Ten wielki teatr budowany przez lata dobrobytu spowodował, że pomyliliśmy teatr z rzeczywistością – sztukę życia z życiem.

Dzisiaj, kiedy zamknięci jesteśmy w domach z obawy przed śmiertelną chorobą, przypominamy Izraelitów w Egipcie, którzy podczas pierwszej Paschy pozamykali się w domach i po oznaczeniu drzwi krwią czekali na anioła śmierci, który miał nawiedzić Egipt. Czekali, bo wiedzieli, że życie to nie jest teatr, życie to nie jest zabawa, życie to nie jest bajka, że życie ostatecznie należy do Boga.

Dopiero w obliczu zagrożenia rzeczy zapomniane stają się ważne. Dzisiaj nie ma znaczenia, czy masz na koncie miliony, czy ledwo wiążesz koniec z końcem. Wirus nie ma względu na osoby. Przychodzi i odchodzi. Zabiera życie, ale też go daje, gdy kliniki aborcyjne zostają przez niego zamknięte. Nie ma nad nim władzy. Nawet wielki człowiek musi się przed nim schować pod kołdrą i z niepokojem czekać na swoją przyszłość. Wirus zagrał w naszym teatrze, ale nie wybrał sobie żadnej roli. On po prostu wcielił się w fatum, które zawisło nad naszym wyimaginowanym i teatralnym scenariuszem. Stał się losem Edypa i Antygony – bezwzględnym oczekiwaniem na to, co przyniesie przyszłość.

To jednak dopiero początek prawdziwego życia. Świat się nie zmieni: zło nadal pozostanie złem, a dobro dobrem. Kurtyna idzie już w dół. Pytanie tylko, w jakiej sztuce braliśmy udział? Czy przypadkiem zamiast komedii nie wyszła nam z tego grecka tragedia?

ks. M. Szerszeń CSMA